Maroko

Jeden z moich najbardziej spontanicznych wyjazdów. W ramach walki z przesileniem wiosennym umówiłem się na kawę ze znajomym w Łodzi. W trakcie rozmowy napomknął, że za 3 dni wybiera się z ekipą na 10 dni do Maroka. Tego samego dnia wieczorem kupiłem bilet lotniczy, a 3 dni późnej piliśmy wszyscy słodką, miętową herbatę u podnóża Jebel Toubkal.
24.03
Po wyjściu z samolotu natychmiast pakuję bluzę i kurtkę głęboko do plecaka. To jednak Afryka i mimo że dopiero 23 marca, temperatura w cieniu przekracza już 25 stopni celsjusza. Odprawa na lotnisku idzie sprawnie, wystarczy wypełnić karteczkę z określeniem celu podróży i po chwili uśmiechnięty pogranicznik oddaje paszport z wbitą pieczątką. Z Marakeszu do Imlil nie kursują regularne połączenia, a jako że moja ekipa jest już na miejscu, rozpoczynam długie negocjacje z taksówkarzem. Długie targowanie się jest tu zasadą i należy do dobrego tonu więc przez 15 minut co chwilę jeden z nas odchodzi twierdząc, że nic z tego nie będzie, po czym po chwili zawraca i kontynuuje dobijanie targu. W końcu po wyhandlowaniu 40% zniżki wsiadam do rozklekotanego mercedesa a kierowca z zaliczką udaje się na posterunek policji by uzyskać zgodę na przejazd wieczorem poza miasto. Do Imlil jechałem już po ciemku, co ekipa skwitowała stwierdzeniem, że przynajmniej oszczędziłem sobie paru siwych włosów. Faktycznie kierowcy jeżdżą tutaj jak szaleni, nie zważając na przepisy ruchu drogowego ani na fatalny stan swoich pojazdów. Na miejscu powitanie było serdeczne ale i krótkie, gdyż następnego dnia z samego rana wyruszaliśmy w trasę. Symboliczny kieliszek beherovki, przedstawienie się i od razu prysznic i do śpiwora.
25.03
Rano przepakowanie, by niepotrzebne w trakcie wspinaczki rzeczy pozostawić w hoteliku i nie obciążać się niepotrzebnie. Następnie płacimy gospodarzowi za pobyt i punktualnie 7 rano ruszamy na trekking. Pogoda dopisuje, choć w górach możemy zapomnieć o upale. Spokojnym marszem docieramy do następnej wioski, gdzie zatrzymujemy się na śniadanie. Wzmocnieni posiłkiem i przesłodzoną herbatą miętową ruszamy w dalszą trasę. Mijamy ostatnią już wioskę na naszej trasie, za którą droga zwęża się i zaczyna biegnąć bardziej stromo. Gdzieniegdzie pojawiają się już łaty śniegu. Tłoku na szlaku nie ma, jednak co jakiś czas mijają nas muły niosące bagaże innych turystów, którzy widocznie woleli trochę dłużej pospać i dopiero niedawno rozpoczęli wspinaczkę. Osobliwością był Marokańczyk, który zamiast plecaka niósł torbę z kijami golfowymi. Ustawiał piłeczkę, wybierał odpowiedni kij i oddawał strzał. Następnie szedł spokojnym krokiem w miejsce gdzie wylądowała piłeczka i powtarzał czynność. My staliśmy osłupiali. Powyżej 2500m npm rozrzedzone powietrze powoli zaczynało o sobie dawać znać. Śnieg pojawiał się już także na trasie a nas co chwilę wyprzedzali turyści idący 'na lekko'. Nasze odpoczynki usprawiedliwialiśmy chęcią podziwiania widoków, a trzeba przyznać, że nikt z nas nie spodziewał się, że góry Atlas będą takie piękne. Pomimo trzech długich przerw do schroniska docieramy jeszcze przed godziną 15tą. Na miejscu spotykamy dwójkę Polaków którzy wracają ze szczytu. Okazuje się, że wstali bardzo wcześnie i zdobyli szczyt w jeden dzień idąc od Imlil! My nie mamy wyścigowych ambicji więc zasiadamy w schronisku przy olbrzymim talerzu spaghetti. Wieczorem część grupy łoi w karty, podczas gdy bardziej ambitni idą na spacer aklimatyzacyjny i rozpoznanie jutrzejszej trasy.
26.03
Około północy okazało się że nasz pokój nie jest całkowicie nasz. Do środka wpadła trójka Włochów, którzy jeździli po okolicy na ski tourach. Zachowywali się bardzo głośno nie zważając na to że my mieliśmy w planie pobudkę o 5tej, by móc wyruszyć jeszcze przed świtem. My mimo wszystko nie chcieliśmy odpłacać im o świcie pięknym za nadobne więc staraliśmy się zebrać nasze bety w miarę po cichu. Większość rzeczy i tak zresztą zostawialiśmy w schronisku. Schronisko opuściliśmy o 6:15 jako pierwsza ekipa tego dnia. Jeszcze poprzedniego dnia pytaliśmy się gospodarza o prognozę pogody. Odparł, że prognoza jest ok i dopiero po południu warunki się pogorszą, ale od dodał, że to jest Toubkal i nic tu nie jest pewne. Byliśmy przekonani, że przesadza, że przecież to jeszcze nie tak wysoko, no i w ogóle – Afryka więc luz. To, że byliśmy w błędzie okazało się już na początku podejścia. Wiatr ciągle przybierał na sile a Góra dawała nam do zrozumienia, że łatwo zdobyć się nie pozwoli. Nie tylko zresztą wiatr dawał nam w kość. Temperatura wynosiła około 10 stopni poniżej zera – dość nietypowo jak na tę porę roku. Szło się ciężko, rozrzedzone powietrze wymagało wielu odpoczynków podczas których marzliśmy do kości. Jedyne dwie osoby, które nas wyprzedziły na trasie zawracają, a podczas któregoś z odpoczynków zauważamy, że poza naszą ekipą wszyscy wycofali się ze stoku. Pogoda, poza szalonym wiatrem, wydaje się być stabilna więc napieramy dalej i tuż po 9tej pierwsza część naszego teamu jest już na szczycie. Chmury przewalają się przez wierzchołek Toubkala z prędkością ponad 100km/h, ale od czasu do czasu prześwituje przez nie wspaniała panorama i w oddali możemy dostrzec nawet Saharę. Przenikliwe zimno wygania nas ze szczytu po niecałej pół godzinie, a po kolejnych dwóch witamy się już z obsługą schroniska. Czekamy jeszcze na resztę ekipy i po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę do Imlil. Do hotelu docieramy o 18tej i po umyciu się ruszamy na miasto by spróbować lokalnych przysmaków.
27.03
O 8 rano pod hotelik zamówione poprzedniego dnia taksówki i ruszamy do Marakeszu. Zdobycie Jebel Toubkal spowodowało pewne rozprężenie w naszej grupie i nikt nie ma sprecyzowanego pomysłu co dalej. Najbardziej zdecydowany był Dominik, więc wszyscy podchwyciliśmy jego pomysł udania się jak najszybciej na pustynię. Prosimy więc taksówkarzy by podrzucili nas prosto na dworzec. Niestety wybrali zły i gdy już odjechali okazało się, że stąd autobusy jadą raz dziennie, a najbliższe wolne miejsca są na pojutrze. Na szczęście Polacy, których poznaliśmy jeszcze w schronisku dają nam cynk smsem, że z głównego dworca połączeń jest multum a oni są już w trasie. Ruszamy więc 'z buta' w kierunku centrum i dworca głównego przy bramie Bab Doukkala. Po dotarciu na miejsce momentalnie otaczają nas naganiacze pytając o kierunek dalszej podróży. Ostatecznie jeden z lepiej mówiących po angielsku oferuje nam wynajęcie minibusa. Ceny zaproponowane przez niego są tylko nieznacznie wyższe od transportu lokalnego, a możliwość zatrzymywania się w dowolnych miejscach w Atlasie Środkowym na zrobienie zdjęć, zdecydowanie warta jest wydania kilku dodatkowych złotych. Faktycznie widoki zapierają dech w piersiach a my co chwila prosimy kierowcę by się zatrzymał. Z pewnością nasze postoje trwały by dłużej, gdyby pogarszająca się pogoda. Porywisty wiatr przybierał na sile i zanosiło się na deszcz. Po przejechaniu Tizi N'tichka - najwyższej przełęczy w Maroku, zaczęło konkretnie lać, więc siedzący z przodu Tomek i Radek zaczynają negocjacje z kierowcą. Ostatecznie za dopłatą kierowca zgodził się zawieźć nas aż do Merzougi. Po drodze skręciliśmy do Aid-Benhaddou, by zobaczyć najlepiej zachowaną Kashbę w Maroku. Miejsce to, wpisane na listę UNESCO, jest też bardzo często wykorzystywane przez producentów z Hollywood. Kręcono tu takie filmy jak „Lawrence z Arabii”, „Gladiator” czy „Chrystus z Nazaretu”. Niestety nie dane nam było zwiedzić fortecy od środka. Padający już wtedy od dłuższego czasu deszcz, spowodował, że rzeka wezbrała i nie możliwe było przedostanie się na drugą stronę bez wchodzenia do wody po pas. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej i zakupie pamiątek ruszamy więc w dalszą drogę. Następnym przystankiem jest Ouarzazate, gdzie kupujemy prowiant na dalszą drogę i skąd zabieramy naszych znajomych spod Toubkala. Dalej już w 11 osób jedziemy do Merzougi. Droga okazała się dużo dłuższa niż sądziliśmy. Tuż przed godziną 22 kierowca poinformował nas, że przed nami jeszcze 5-6h jazdy. Na szczęście dziewczyny wypatrzyły w mijanej wiosce sklep monopolowy. By umilić sobie dalszą trasę, zarządziliśmy krótki postój w celach aprowizacyjnych. Dostaliśmy zgodę na konsumpcję trunków w aucie, więc reszta drogi upłynęła na degustacji piwa i lokalnych win. Na miejsce dotarliśmy tuż przed 3 w nocy. Kierowca wysadził nas przy dużym budynku na pustkowiu i uparcie twierdził, że jest to jedyny hotel w okolicy. W dodatku nie był czynny ale zaspany recepcjonista wpuścił nas do środka. To chyba właśnie dzięki jego zaspaniu udało nam się zbić cenę do 8$ za osobę za noc i to w standardzie trzygwiazdkowym. Po zajęciu pokoi, rozochoceni winem postanowiliśmy jeszcze wybrać się na nocny spacer po pustyni. Pomimo iż noc była ciemna, udało nam się jakoś wrócić po godzinie do hotelu. Do spania poszliśmy tuż przed świtem.
28.05
Po nocy pełnej atrakcji leniwie zbieraliśmy się z łóżek. W końcu po późnym śniadaniu, spakowaliśmy nasze bety i ruszamy pieszo w kierunku centrum. Dopiero teraz widzimy, że jesteśmy na pustyni. Wokół nas nieliczne zabudowania, a dalej tylko wydmy piasku po horyzont. Do krajobrazu nie pasują tylko kałuże po wczorajszym deszczu i zbierające się nad nami ciężkie chmury. Faktycznie chwilę po dojściu do Merzougi zaczyna lać. Zamawiamy więc w lokalnej knajpce herbaty miętowe i cierpliwie czekamy na rozwój wydarzeń. Suchą pustynie to każdy głupi widział, a nam dane było doświadczyć gradobicia na Saharze. Po niecałej godzinie przestało lać więc wyszliśmy zasięgnąć języka. Po porównaniu cen i tradycyjnym targowaniu, zakupiliśmy u jednego sprzedawcy spacer na wielbłądach i nocny autobus do Fezu. Przez deszcz zostało nam niewiele czasu, więc nasza karawana ruszyła w skróconą trasę i już za drugą wydmą zatrzymaliśmy się na posiłek. Miejsce zostało wybrane tak, że otaczał nas tylko piasek, żadnych śladów cywilizacji ani roślinności. Zjedliśmy tradycyjnego tajina i trzeba było powoli wracać. Jazda na wielbłądzie do przyjemnych nie należy. Prawie każdy z nas po godzinnej wyprawie narzekał na bóle w tylnej części ciała. Ciekawe jak to wszystko znoszą berberowie, podczas wielotygodniowych wypraw przez całą Saharę. Po powrocie została nam jeszcze jakaś godzinka do odjazdu autobusu. Zasiedliśmy więc ponownie na herbacie, po czym w pobliskim sklepie zakupiliśmy prowiant na drogę. Autobus jakością zdecydowanie przewyższał nasze PKSy. Autobus był z klimatyzacją, a kierowca odmawiał jej wyłączenia nawet późno w nocy. Przez to ci, których śpiwory pozostały w lukach bagażowych, solidnie zmarzli tej nocy.
29.05
Do Fezu dojeżdżamy dwie godziny przed czasem. Nawet trochę za wcześnie. Jest 5 rano i wszystko wokół nas pozamykane. Sprawdzamy połączenia pociągiem z Marrakeszem i pieszo idziemy w kierunku centrum. Tuż przed medyną dopada nas mały chłopiec twierdząc, że zaprowadzi nas do fajnego hostelu. Próbujemy go spławić więc zaglądamy do naszego przewodnika Lonely Planet. Okazuje się, że hostel, do którego chce nas zabrać młody, jest w pierwszej trójce rekomendowanych przez LP. Po dotarciu na miejsce i krótkich targach otrzymujemy klucze do pokoju. Szybka toaleta i idziemy na poranny spacer po Fezie. Miasto powoli budzi się do życia. Sklepikarze niespiesznie otwierają swoje stragany. Mijają nas konie i osły – najlepszy środek transportu towarów w tych zbyt wąskich dla aut ulicach. Jesteśmy zafascynowani oglądaniem prawdziwego życia miasta. Nie spieszy się nam do żadnego z zabytków, więc decydujemy przysiąść na chwilę w kawiarence z dobrym widokiem na jeden z souków. Pomimo iż nie jest to miejsce, do którego zaglądali by turyści, nas Arabowie witają bardzo serdecznie. Siadamy stolik obok i na migi zamawiamy kawę. Uliczki powoli wypełniają ludzie, z początku miejscowi, a następnie powoli także turyści. Za oknem wzmaga się gwar. Wzmocnieni kawą i posileni lokalnymi przekąskami udajemy się dalej w spacer po medinie. Stare miasta w krajach arabskich diametralnie różnią się od naszych i bardzo trudno opisać ich klimat i charakter. Mnie Fez bardzo przypadł do gustu, choć niektórzy byli wyraźnie zmęczeni tłokiem, hałasem i natręctwem sprzedawców. Zwiedziliśmy farbiarnie – symbol miasta, gdzie produkuje się wspaniałe wyroby ze skóry. Niewiele brakowało a wyszedł bym z niej ze wspaniałą kurtką z wielbłądziej skóry za 1000zł. Zgodnie stwierdziliśmy, że nasi sprzedawcy mogli by jeździć do Fezu na szkolenia. Udało nam się także wejść do medresy oraz odnaleźć pośród uliczek tradycyjną berberyjską aptekę, będącą raczej połączeniem sklepu zielarskiego i drogerii. Dziewczyny zaopatrzyły się w różne specyfiki – od kremów po mydełka. Wieczorem nasza grupa się rozdziela. 5 osób koniecznie chce zobaczyć ocean, więc nocnym pociągiem planują dostać się do Essaouiry. Ala, Grzechu, Radek chcemy dokładniej zwiedzić Miasta Królewskie. Mamy się spotkać ponownie za 3 dni w Marrakeszu.
30.03
Rano niemiła niespodzianka – okazuje się, że nie możemy zostać w hostelu na kolejną noc, gdyż ma przyjechać duża grupa. Gino pojawia się punktualnie o 8ej i sugeruje nam przewieźć nasze rzeczy do jego restauracji. My mamy się nie przejmować i jechać w trasę, a on w międzyczasie coś nam załatwi. Ładujemy więc plecaki do taksówki i jedziemy z Gino do restauracji. Jeszcze w drodze, Gino ustala telefonicznie, że po cenie hostelowej umieści nas w hotelu swojego znajomego naprzeciwko jego restauracji. Zostawiamy więc tam nasze rzeczy i ruszamy na objazd okolicy. Pierwszy przystanek mamy w Bhalil, małej miejscowości pomijanej przez większość turystów. Tradycją jej mieszkańców jest wykuwanie domów w skałach. Po znajomości mamy załatwione zwiedzanie jednego z takich domów połączone z małym poczęstunkiem i (jakże by inaczej) piciem herbaty miętowej. Osiemdziesięcioletnia właścicielka była osobą bardzo rozmowną. W ciągu pół godziny pokazała nam serię zdjęć, opowiedziała o swojej rodzinie i przyniosła Ali kilka ciuchów do przymierzenia... i prawie nie robiło nam różnicy, że rozmawiamy w różnych językach. Po czułym pożegnaniu wsiadamy do naszej taksówki i jedziemy do pobliskiego Sefrou. Na przestrzeni wieków żyło tu wielu żydów, a pamiątką po nich jest dobrze zachowany Mellach – żydowska dzielnica wewnątrz mediny. Ponieważ wszyscy turyści koncentrują się na Miastach Królewskich, tutaj mieliśmy możliwość przyjrzenia się prawdziwemu życiu miejscowych, nie zepsutemu przez wpływ masowej turysty. Zaraz za miastem skręcamy obejrzeć wodospady. Z opowieści Gino wynikało że są przynajmniej 7 cudem świata. W rzeczywistości był to niewielki strumyk spadający z kilku metrów. Robimy więc pro forma parę fotek i ruszamy w dalszą trasę. Wspinamy się naszą taksówką, na co raz to wyższe przełęcze, a krajobraz zmienia się nie do poznania. Pokazując później nasze fotki mało kto nam wierzył że to Maroko w kwietniu a nie jakaś przełęcz w Beskidach. Śnieg, działający wyciąg, grupki dzieci na sankach i kulig bynajmniej nie wskazywały, że to Afryka. Jedynie widok zdezorientowanych małp, przywracał wiarygodność naszemu twierdzeniu o pochodzeniu fotek. Do Fezu wracaliśmy przez Azrou. Miasto niby miało być ciekawym postojem na naszej trasie, jednak jedyne co z niego zapamiętałem to flaki wielbłądzie z fasolą, jakie przypadkowo zamówiliśmy w lokalnym barze. O ile kuchnia marokańska zaskoczyła nas wszystkich bardzo pozytywnie, o tyle to był jedyny wyjątek i pomimo starań nie udało mi się dojeść dania do końca. Do Fezu droga jeszcze daleka więc na miejsce wracamy dopiero w porze kolacyjnej. Oczywiście w restauracji u Gino wszystko już czeka na nasz przyjazd. Zaczynamy od herbaty i sziszy i czekamy na obiecaną niespodziankę kulinarną. Faktycznie, nikt z nas czegoś takiego się nie spodziewał i gdy podnieśliśmy przykrywki przyniesionych tajinów miny mieliśmy nietęgie. Przed każdym z nas leżała bowiem ugotowana barania głowa. Nie była oskórowana, więc by ułatwić jedzącym odrywanie skóry głowy przed gotowaniem nie golono. Dodatkowo w jednym tajinie przyniesiono nam móżdżek duszony w sosie curry. Nie chcąc urazić naszego gospodarza zabieramy się do konsumpcji. W sumie całkiem nieźle daliśmy sobie radę z naszą kolacją i o ile ani oko ani ucho nie zachwycają smakiem, to mięso żuchwy 'spod szóstki' wszyscy możemy uczciwie polecić. Mózgi były chyba najlepsze i, gdy tylko udało się odpędzić od świadomości co właśnie jemy, smakowały bardzo dobrze.
Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na spacer po Medinie. Noc nie jest najlepszą porą na zwiedzanie starego miasta w małych grupkach, gdyż niektóre miejsca robią się dość niebezpieczne. Na szczęście przygoda jaka nas czekała była bardzo pozytywna. Około północy natknęliśmy się na grupę dzieciaków grających w nogę pod meczetem. Kopnęli piłkę w naszym kierunku, patrząc się przy tym wymownie to na nas, to na nią. Uniesieni honorem w 5 min ustaliliśmy taktykę naszej drużyny i w meczy międzynarodowym Polska – Markoko zwyciężyliśmy 2:1.
31.03
Plany wczesnego wstania znów spaliły na panewce. Wykończeni meczem i imprezowaniem ledwo co zwlekliśmy się z łóżek by zdążyć na 10:00 na autobus do Meknes. Korzystamy z najtańszego lokalnego środka transportu więc nie ma mowy o punktualności. Tuż przed 13tą wysiadamy na dworcu w Meknes a jako że pociąg do Marrakeszu odjeżdża 17:24, mamy już świadomość że odwiedziny Volubilis musimy zostawić na naszą kolejną wizytę w Maroku. Zostawiamy zatem plecaki w dworcowej przechowalni i uderzamy zobaczyć tutejszą medynę. Meknes jest miejscem diametralnie różniącym się od Fezu. Miasto jest dużo spokojniejsze, mniejszy tu tłok zarówno wśród lokalnych jak i wśród turystów. Dzięki temu ceny są rozsądniejsze a i zwiedzać można bardziej 'na luzie'. Jednak pomimo wszystkich swoich zalet już wtedy zaczynałem tęsknić za Fezem, miastem którym po dziś dzień jestem całkowicie zauroczony. Po krótkim tour de stare miasto, poprzetykanym odpoczynkami na wypicie świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, wracamy w okolice dworca i zasiadamy w knajpie by coś przekąsić. Spokojna atmosfera miasta uśpiła nieco naszą czujność i w ostatniej chwili udało się nam zdążyć na pociąg. Na miejsce dotarliśmy minutę przed odjazdem, na szczęście pociąg jechał z Fezu i już miał kilkanaście minut opóźnienia, które potem jednak zdołał nadrobić. Tłok w pociągu niewielki więc nasza czwórka spokojnie zajmuje cały 8 osobowy przedział drugiej klasy. Jakość podobna do naszego PKP, tylko jakby czyściej. Początkowo jeszcze wyglądamy przez okno by podziwiać krajobrazy, szybko jednak zmęczeni zapadamy w sen.
Do Marrakeszu przyjeżdżamy około godziny pierwszej w nocy, gdy miasto powoli już kładło się spać. My też chcieliśmy pójść w ślady miasta, niestety był to pierwszy dzień marokańskich ferii i wszystkie hotele i hostele były pełne. Szlajamy się więc po mieście, otoczeni grupką naganiaczy i ciągnięci przez nich w coraz to nowe miejsca, które odprawiają nas z kwitkiem. Gdy dochodziła godzina 3 sytuacja stawała się co raz bardziej napięta. Grupa naganiaczy przewyższała nas liczebnie przynajmniej dwukrotnie a frustracja z powodu braku miejsc udzielała się obu stronom, choć oczywiście z diametralnie różnych powodów. Nam marzyło się łóżko a im zapłata za trudy poszukiwania. W pewnym momencie między dwójką naganiaczy wybucha kłótnia prawie przechodząca w bójkę. My więc, korzystając z zamieszania, decydujemy się 'dać dyla' i poszukać samotnie szczęścia gdzieś bliżej centrum i bliżej policji. Niedaleko rynku spotykamy jednego najwcześniej poznanych naganiaczy, który zaprasza nas do ciemnej bramy. Byliśmy tak zmęczeni noszeniem naszych bagaży więc nie zważając na ewentualne niebezpieczeństwo podążyliśmy za kolesiem. Zaprowadził nas on do swojego domu i za 200 DIR odstąpił nam swój pokój, budząc i wyganiając wcześniej z niego swoją dziewczynę. Do dyspozycji mamy 3 łóżka, taras z sziszą i prysznic. Powoli odzyskujemy humor, który znacząco poprawia nam matka gospodarza przynosząc nam czystą pościel. Zmęczeni padamy spać.
01.04
Pierwszy wstaje Grzegorz. Jego samolot do Londynu odlatuje bardzo wcześnie, więc żegna się szybko i opuszcza pokój. My leżymy jeszcze trochę. Doba w hotelach w Marrakeszu kończy się zazwyczaj o 11tej, więc jest to najlepszy czas na poszukiwanie wolnego miejsca. Po południu przyjeżdża ekipa znad oceanu więc szukamy w sumie noclegu dla 8 osób. Na szczęście udaje nam się dość szybko znaleźć pokoje w miłym, centralnie położonym hoteliku. Po spisaniu naszych danych recepcjonista uprzejmie poprosił by do kartki na której było napisane 'przepraszamy brak miejsc' w 6 językach, dopisać jeszcze wersję po polsku i w każdym możliwym języku jaki znamy a jakiego jeszcze tam nie ma. Kolejny raz więc nam się udało. Szczęśliwi zrzucamy bety i po szybkim prysznicu ruszamy na miasto. Medynę decydujemy się zostawić na popołudnie (w sumie kilka już widzieliśmy), a za to ruszamy oglądnąć Palais el Badi. Ten XVII wieczny pałac miał opinię jednego z najpiękniejszych na świecie w swoich czasach. Faktycznie dawny właściciel miał gest, a jego architekci wyczucie dobrego smaku. Aż trudno sobie wyobrazić jak wyglądał on przed zdewastowaniem. Po wyjściu z pałacu i przerwie na małe co nieco idziemy zwiedzić grobowce Saadytów. Trochę nam głupio, że wewnątrz nekropolii cykamy co chwile zdjęcia, jednak do meczetów nas nie wpuszczają a główna atrakcja grobowców – Sala Dwunastu Kolumn, która uchodzi za jeden z najpiękniejszych przykładów marokańsko-andaluzyjskiej sztuki dekoracyjnej. W końcu pogoda nam dopisuje, może aż nadto. Nie przyzwyczajeni do wysokich temperatur na tym wyjeździe zawracamy do hotelu. Wieczorem czeka nas medina i główny plac miasta Djamaa El Fna. O ile medyna nie wyróżniała się niczym na plus w porównaniu ze swoimi odpowiednikami z Meknes czy Fezu, to plac nocą oczarował nas całkowicie. Do setki straganów sprzedających za dnia wyciśnięty sok z pomarańczy dołączyło ze dwieście serwujących różnego rodzaju potrawy. Między nimi kłębili się showmani, teatrzyki i zaklinacze węży próbujący znaleźć sobie należne miejsce. Resztki wolnej przestrzeni na placu dzielili między sobą organizatorzy gier a'la nasza strzelnica oraz sprzedawcy papierosów i 'badziewia wszelakiego'. To wszystko wraz z pełnią księżyca i oświetlonym minaretem Koutubija, doprawione gęstym dymem unoszącym się znad setek grillów, tworzyło niezapomnianą atmosferę. Przed nastaniem nocy każdy z nas kwestionował umieszczenie tego miejsca w marokańskim top 5. Po zachodzie słońca chyba nikt nie miał wątpliwości że słusznie mu się to miejsce należy. Niestety porwani atmosferą daliśmy się naciągnąć podczas kolacji. Dopłaty na rachunku za dodatki przekroczyły znacznie ceny z menu. Doliczono nam za wszystko, od sztućców i serwetek począwszy, na chlebie do sałatek skończywszy. Dla poprawienia sobie humoru skoczyliśmy więc na wyciskany sok za złotówkę i postanowiliśmy spędzić resztę wieczoru paląc sziszę na naszym patio. By zdążyć na lotnisko zamawiamy w recepcji taksówki na 7:00 rano a sami też szybko kładziemy się spać.
02.04
Taksówki przyjeżdżają punktualnie. I chwała im za to. Na lotnisku okazuje się, że nasz lot został przełożony o jedną godzinę wcześniej więc ledwo co udaje nam się załapać. Ryanair oczywiście wysłał nam informację o zmianie lotu...8 dni później. Po kliku godzinach szczęśliwie lądujemy we Frankfurcie, skąd autami rozjeżdżamy się w różne strony polski.
Maroko było dla mnie wielkim zaskoczeniem, w każdej prawie dziedzinie. Zaskoczyli mnie berberowie – mili i uprzejmi pomimo natłoku turystów, a także władający biegle minimum 3 językami obcymi (nie wliczając arabskiego). Zaskoczyła nas pogoda, bardziej przypominająca tatrzańskie przedwiośnie niż afrykański kwiecień. Zadziwiła nas in plus, i to pomimo baraniej głowy, kuchnia marokańska(zarówno wegetarian jak i mięsożerców). Zadziwił nas Toubkal i Atlas Wysoki – pięknem przyrody w miejscu powszechnie uważanym za przedpustynię. Mnie osobiście najbardziej zadziwił – zagadkowe miasto które do końca życia będzie kusiło mnie swoją niezrównaną różnorodnością i wyjątkowym klimatem. Bez względu jakie kto z nas miał oczekiwania względem tego kraju, mogę uczciwie powiedzieć że ten kraj, każdego z nas pozytywnie zaskoczył. Niestety nie wszyscy z nas planują tu wrócić. Ja na pewno...i nie sam:)


Maroko Wellness, 13-20.04.2012
Węgry - Nordic Walking, 18-27.6 oraz 10-19.09.2012

