Indie - Radżastan rowerem

2.03 - 17.03.2012 więcej

Madera

2012 więcej

Maroko Wellness

13-20.04.2012 więcej
ISLANDIA
islandzkie kratery
islandzkie kratery

Toskania rowerem

30 czerwca / 1 lipca

Na miejsce zbiórki wszyscy stawiają się punktualnie i o 23:00 rozpoczynamy pakowanie naszych rowerów na przyczepkę. Ponieważ nasze maszyny pokonają w ten sposób ponad 1300km, staramy się dokładnie zamontować je na chwytach, by na miejsce dojechały bez żadnych uszkodzeń. Po drodze zabieramy jeszcze zaprzyjaźnionych Czechów z Ostrawy, po czym dalej kierujemy się południe. By trasa nie była tak męcząca mamy w planie zatrzymać się na nocleg w Montecattini, dokąd docieramy następnego dnia ok. godziny 19tej. Po rozpakowaniu się i kolacji wieczór wykorzystujemy na spacer po tym popularnym uzdrowisku.

 

2 lipca

Następnego dnia ruszamy prosto do Florencji. Miasto jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc przez turystów na całym świecie. Dlatego, by uchronić bezcenne zabytki przed zanieczyszczeniami, wprowadzono tu ścisłą regulację ruchu autokarowego. Wykupiony za 300 euro karnet daje nam możliwość dwukrotnego wjazdu w strefę miejską, skąd, zaraz po wysadzeniu pasażerów, kierowca musi odwieźć autokar na specjalny parking poza miastem. Ustalamy więc z kierowcami godzinę zbiórki a sami pieszo ruszamy na zwiedzanie.

Natłok turystów przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. W porównaniu z Florencją spacer po zatłoczonych uliczkach Pragi w szczycie sezonu wydaje się igraszką. Miejscowi za to mówią, że i tak dobrze trafiliśmy. Dziś w Sienie odbywa się słynne Palio – wyścigi konne po głównym placu starego miasta, więc Florencja jest wyjątkowo wyludniona. Mimo to nie ma mowy by zwiedzić choćby część zabytków od środka. Wstęp do galerii Ufizzich należy wykupić z kilkudniowym wyprzedzeniem, by następnie odczekać jeszcze kilka godzin w kolejce. Sytuacja przy pozostałych zabytkach nie była lepsza, choć odpadała sprawa wcześniejszego zakupu biletów. Zobaczenie z zewnątrz co ciekawszych miejsc zajęło nam dobre 3 godziny. Spacer zakończyliśmy na wzgórzu San Miniato, skąd rozpościera się jedna z najładniejszych panoram na miasto. Autokar odbierał nas dopiero o 16tej więc pozostałe 3 godziny grupa miała czas wolny. W ten sposób każdy mógł wrócić do tych zabytków, które najbardziej go zainteresowały lub po prostu usiąść w jednej z licznych kawiarenek i delektując się doskonałą kawą lub innym trunkiem, patrzeć na życie miasta. Warte odnotowania rekordy to prawie 1,5 godzinne oczekiwanie w kolejce na zwiedzenie katedry oraz 10 euro za piwo na Piazza del Duomo, choć w takim upale, chłodne piwo warte było tej sumy. Najbardziej zadowolone były osoby, które zdecydowały się wejście na szczyt kopuły katedry Santa Maria del Fiore. Trzydzieści minut stania w kolejce wynagradzał wspaniały widok z góry i możliwość obejrzenia z bliska wspaniałym freskom. Jak w przypadku każdego dużego miasta, jeden dzień na zwiedzanie to zdecydowanie zbyt mało i opuszczamy Florencję z pewnym niedosytem. Jednak część z nas już tęsknie spogląda na rowery, wiezione tyle kilometrów z Polski i nie może się doczekać jutrzejszego dnia. Poza tym nawet gdybyśmy poświęcili cały wyjazd tylko na zwiedzanie Stolicy Renesansu, pewnie i tak nie udało by nam się zobaczyć choćby połowy.

Do hotelu, który będzie naszym miejscem wypadowym na resztę wyjazdu, dojeżdżamy tuż przed godziną 20. Już na wejściu czekają na nas dwie niespodzianki – powitalny drink i obsługa w języku polskim. Okazało się, że szefowa recepcji przyjechała tu kilka lat temu w poszukiwaniu pracy a magia miejsca sprawiła, że za każdym razem wraca do małego hotelu na zboczach Monte Amiata.

 

3 lipca

Dziś pierwszy dzień jazdy na rowerach. Wykorzystamy go do objazdu okolicy, gdyż po ostatnich dwóch dniach zasłużyliśmy na dzień bez autobusu. Rozpoczynamy od w miarę łatwego etapu do Lago di Bolsena, by sprawdzić kondycję uczestników. Pogoda dopisuje nam od pierwszego dnia wyjazdu, więc często robimy przerwy na uzupełnienie płynów w organizmie. Po 4 godzinach spokojnej jazdy docieramy na miejsce. Bolsena to niewielkie miasteczko przepięknie położone nad jeziorem o tej samej nazwie. Ścieżka rowerowa dookoła jeziora jest jeszcze w budowie i część odcinków musielibyśmy pokonać główną drogą, a dodatkowo widok krystalicznie czystego jeziora podziałał na nas demotywująco. Postanowiliśmy zakończyć więc etap rowerowy na 52km a popołudnie spędzić na zwiedzaniu miasteczka, pływaniu i wylegiwaniu się na plaży.

Wrócić zdążyliśmy w sam raz na kolację.

 

4 lipca

Następny etap to 'zaledwie' 30km z Montalcino do Montepulciano. Te dwa małe miasteczka to nie tylko perełki architektoniczne Florencji ale zarazem miejsca, skąd pochodzą najlepsze wina we Włoszech. Trochę więc nietypowo, bo przed jazdą, ale decydujemy się na mini degustacje słynnego na cały świat Brunello, którego ceny w Polsce nierzadko przekraczają 1000zł za butelkę. My skromnie raczymy się kieliszkiem Brunello prosto od producenta za jedyne 3 euro i ruszamy w trasę. Dobrze, że nikt nie skusił się na więcej, gdyż droga z miasteczka biegnie stromo w dół. W dodatku po kilkuset metrach skończył się asfalt i resztę stromego zjazdu musieliśmy pokonywać na nawierzchni szutrowej. Osoby o słabszej technice (i nerwach) zdecydowały się sprowadzać rowery na najtrudniejszych odcinkach, dzięki czemu wszyscy bezpiecznie dotarli na dół. Gdy zrobiło się płasko wszyscy mogliśmy delektować się otaczającymi nas widokami. Po niedługim czasie dotarliśmy do Torrenieri, małego miasteczka, gdzie pomimo zabytków największą furorę zrobił supermarket. Zbliżało się południe i słońce prażyło niemiłosiernie. Wszyscy od razu ruszyli w kierunku półkek z napojami, a miły chłód klimatyzacji sprawił, że ciężko było kogokolwiek namówić do wyjścia. Po odpoczynku ruszyliśmy do San Quirico d'Orcia które okazało się być końcem jazdy na rowerach na dziś. Pokonaliśmy niewiele ponad połowę planowanej trasy ale finalny podjazd do miasteczka w pełnym słońcu pozbawił nas sił do dalszej jazdy. Oczywiście nie chcieliśmy odpuścić Montepulciano więc po spakowaniu rowerów na przyczepkę udaliśmy się tam naszym klimatyzowanym autokarem. Zwiedzanie starówki zakończyliśmy degustacją Vino Nobile, produkowanego tylko na wzgórzu pod miasteczkiem.

 

5 lipca

Pora na zdobycie Monte Amiata – najwyższego szczytu Toskanii. Przed nami 10km podjazd i prawie 1200m przewyższenia. Dlatego większość grupy decyduje się na pokonanie go autobusem, który wywozi nas prawie pod sam szczyt. Brakujące 100m przewyższenia pokonujemy pieszo i pora na zdjęcie pamiątkowe. Następnie czekamy na kilku odważnych, którzy zdecydowali się zdobyć górę 'uczciwie'. Pojawiają się w niecałą godzinę po nas, zmęczeni, ale też zadowoleni z wyczynu. Po krótkim odpoczynku stwierdzają, że są gotowi do dalszej jazdy, więc już razem ruszamy w szaleńczy zjazd w kierunku Arcidosso. Region Toskanii to prawdziwe góry, a wyższe partie przypominają nasz Beskid Żywiecki. Droga wije się serpentynami, a dobry asfalt pozwala na uzyskanie na naszych rowerach całkiem niezłych prędkości. Kilkukrotnie jednak hamujemy w punktach widokowych, by zrobić zdjęcia panoramy na Arcidosso. Miejscowości toskańskie są po prostu obłędne. Bogata architektura i ciekawe zabytki sytuowały by je pewnie w innej części świata w roli głównych zabytków regionu. Tu mury obronne, średniowieczne i renesansowe kościółki mija się dosłownie co kilka kilometrów. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Piancastagnaio, gdzie pośród wąskich uliczek udaje nam się odnaleźć malutki placyk z widokiem na łagodne wzgórza ciągnące się w kierunku południowym aż do prowincji Lazio. Natychmiast też zasiadamy na tarasie pobliskiej knajpki gdzie głodni raczą się lokalnymi specjałami, a spragnieni zimnym piwem. Do naszego hotelu droga wiedzie prosto więc każdy według własnego uznania po odpoczynku rusza w drogę powrotną.

 

6 lipca

Tym razem, ponieważ udajemy się nad morze, śniadanie dużo wcześniej niż zwykle. O 6:45 wszyscy są już gotowi i wsiadamy do autokaru. Podróż trwa trochę ponad dwie godziny i już przed 10tą docieramy nad brzeg Morza Śródziemnego do Monte Argentario. Jest to mała wysepka tuż u wybrzeża, na którą, dzięki usypanej grobli, dostajemy się bez trudu autobusem. Mieszkańcy Rzymu upodobali ją sobie na wypady weekendowe, dlatego też z wyprawą tutaj czekaliśmy cierpliwie do poniedziałku. Po przybyciu do Porto Santo Stefano grupa podzieliła się na podgrupę wypoczynkową i dwie grupy rowerzystów. Był to kolejny dzień upałów więc część osób od razu zdecydowała się spędzić dzień na plaży a reszta ruszyła w trasę po wyspie. Droga dookoła niej co raz to pnie się w górę, by po chwili zjeżdżać serpentynami w dół. Widoki były wspaniałe, a na horyzoncie można było dojrzeć Elbę. Czas mijał szybko więc, by nie ryzykować spóźnienia się na zbiórkę i tego, że ominie nas kąpiel w morzu, zawróciliśmy na plażę. O 16tej po kąpieli wszyscy pakujemy się szybko do autobusu, gdyż w hotelu po kolacji będzie zorganizowany dansing. Byliśmy trochę rozczarowani, że nie wystąpił Eros Ramazotti, ale i tak bawiliśmy się do późnych godzin nocnych.

 

7 lipca

Po takiej imprezie wszyscy zasłużyli na wolne przedpołudnie. Kto chciał, kiedy chciał schodził na śniadanie, po czymm przenosił się nad basen przed hotelem. Plan na popołudnie to baseny termalne w Bagni San Filippo. Znowu dzielimy się na trzy grupy. Garstka najlepszych rowerzystów wyrusza o 11tej z hotelu by po 40km jazdy w górach dotrzeć nad termy. Słabsi jadą rowerem prosto na termy, oddalone od hotelu o 14km. Po dotarciu na miejsce kupujemy bilet grupowy i zanurzamy się w leczniczych wodach. Tego dnia z powodu czyszczenia basenu, ośrodek był czynny wyjątkowo do 16tej. Nasz kierowca musiał mieć 24h przerwy, więc wiedzieliśmy, że nie pojawi się przed 19tą. Wybraliśmy się na pieszy spacer po okolicy. Już po chwili znaleźliśmy miejsce gdzie spływająca woda utworzyła nacieki przypominające nieco tureckie Pamukkale. W niektórych miejscach te mini jeziorka były na tyle głębokie, by z powodzeniem móc się kąpać, a sądząc po ilości przebywających tam miejscowych nie warto w przyszłości przepłacać za termy. Kwadrans przed ósmą byliśmy już wszyscy z powrotem w ośrodku czekając na pyszną kolację. O ile śniadania nie grzeszyły różnorodnością ani obfitością, to wieczorne posiłki były tego całkowitym przeciwieństwem. Na obiadokolację składały się: przystawka, makaron lub zupa, danie główne i deser. Wszystko to popijaliśmy lokalnym winkiem (niestety już zamówionym osobno). Efekt był taki, że w ciągu dnia mało kto miał ochotę na lunch a i tak nikomu nie udało się na tym wyjeździe schudnąć. Ja, pomimo przejechanych na rowerze 300 kilometrów przybrałem na wadze prawie 3 kilo.

 

8 lipca

Dziś w programie kolejna porcja zwiedzania i to zabytków klasy światowej. W programie 2 miejsca znajdujące się na liście UNESCO – Siena i San Gimignano. Na początek Siena, drugie najważniejsze miasto w Toskanii, do XIVw. walczące o prymat z Florencją. Zwiedzanie rozpoczynamy od Piazza del Campo. Jest to pokaźnych rozmiarów plac, ale jak do choćby małego hippodromu dużo rozmiarami mu brakuje i trudno nam uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu, dookoła tego placu, pośród tłumu gapiów ścigało się 9 konnych w tradycyjnych dorocznych wyścigach – Palio. Dwugodzinny spacer w zupełności wystarczył nam do obejrzenia z zewnątrz ważniejszych zabytków a nawet do zaglądnięcia do wnętrza katedry. Następnie wsiadamy do busa i jedziemy na północ, trasą SR222 czyli słynną Chiantówką. Mijane wzgórza porasta winorośl, z której to powstaje czerwone wino Chianti, rozpoznawalne po charakterystycznym, czarnym kogucie na butelce. Gdy osiągnęliśmy już najwyższy punkt na trasie, autokar zatrzymał się na poboczu a my wypakowaliśmy rowery. Teraz czekał nas prawie 20km zjazd łagodnymi serpentynami wśród winnic i lasów. Sielanka skończyła się gdy dojechaliśmy do Poggibonsi. Jedyna droga na San Gimignano prowadzi przez strefę przemysłową, a ścieżki rowerowe bynajmniej nie są domeną Włochów, więc przejazd był mało przyjemny. Za miastem było już znacznie lepiej, mijały nas już tylko samochody i busy z turystami. San Gimignano, jak każde stare miasto obronne, zbudowane zostało na wzgórzu. Podjazd był dość męczący, ale motywowały nas widoczne z daleka wieże miasteczka oraz myśl, że to już ostatni podjazd rowerem w Toskanii. San Gimignano było chyba jednym z najbardziej zaskakujących miejsc na całym wyjeździe. Swoim wysokim na ponad 50m wieżom zawdzięcza przydomek 'Manhattan Średniowiecza. Przestrzeń w obrębie murów miejskich jest bardzo ograniczona, więc dawniej bogaci mieszkańcy, chcąc podkreślić swą zamożność, rozbudowywali swoje domy w górę. W okresie świetności, San Gimignano miało ponad 50 wież, których wysokość czasami przekraczała 50m. Obecnie pozostaje ich 14, jednak i tak robią na odwiedzających duże wrażenie.

 

9 lipca

Nadszedł niestety czas wyjazdu z Toskanii. Ponieważ czeka nas długa podróż, wyjeżdżamy tuż po śniadaniu, co da nam możliwość zatrzymania się na kilka godzin przerwy w Austrii. Na miejsce postoju wybieramy Velden, by móc przyjrzeć się naszej kolejnej destynacji. Przyszłoroczna wyprawa do rowerowa do Karyntii zapowiada się równie ciekawie. Kombinacja wysokich gór i krystalicznie czystych jezior gwarantuje piękne widoki i niezapomniane przeżycia. Naszą przerwę skraca nam ulewa, na szczęście pierwsza i ostatnia na wycieczce. Wsiadamy do autokaru jedziemy w kierunku Polski. Do kraju docieramy następnego dnia nad ranem.