Indie - Radżastan rowerem

2.03 - 17.03.2012 więcej

Madera

2012 więcej

Maroko Wellness

13-20.04.2012 więcej
TURCJA
Pamiątkowe zdjęcie na szczycie Araratu
Pamiątkowe zdjęcie na szczycie Araratu

Turcja i Gruzja

6 października

Plan zakładał przelot do Stambułu i przejazd dalej drogą lądową. Udało nam się wypatrzyć promocję Lufthansy i całość przelotów kosztowała nas tylko 620zł/os. Minusem był jednak bardzo wczesny wylot z Krakowa i zaledwie 20 min na przesiadkę w Monachium. Udało nam się jednak wstać na czas a dzięki niemieckiemu porządkowi na przesiadkę zdążyliśmy nie tylko my a i nasze bagaże. W to ostatnie, muszę przyznać, nie wierzyłem i bardziej liczyłem na to, że nasze bagaże dogonią nas gdzieś w Turcji. Ten brak wiary kosztował mnie piwo, które przegrałem w zakładzie z Karoliną.

Z lotniska udaliśmy się metrem na dworzec Haydrapassa, skąd odjeżdżają wszystkie autobusy kierujące się na wschód. Tam dopada nas zgraja naganiaczy i ciągnie zdezorientowanych w sobie tylko znanym kierunku. W ten sposób zarabia na życie wiele osób nie tylko w Stambule, ale praktycznie we wszystkich większych miastach. Prowizję za przyprowadzenie klienta otrzymują bezpośrednio od firmy przewozowej, więc obawialiśmy się, że będzie ona ukryta w cenie naszego biletu. Zresztą wrażenie bycia naciąganym towarzyszyło nam przez większość pobytu w Turcji. Na szczęście zazwyczaj w terminie późniejszym okazywało się, że rzadko kiedy przepłacaliśmy, a jeśli już to tylko niewielkie kwoty. Tak było i w tym przypadku. Autobus na drugi koniec kraju kosztował nas po 60 lari na osobę, czyli niecałe 120zł. Niestety nikt nie mówił w cywilizowanych językach, więc nie wiedzieliśmy ile potrwa nasza podróż. Pierwsze godziny spędziliśmy przyklejeni do szyby, podziwiając Stambuł i jego ogrom. Razem z przeprawą promową minęły prawie 4h zanim zabudowania przerzedziły się na tyle by można było uznać, że opuściliśmy już metropolię. 

Autobusy liniowe dzięki licznej konkurencji są bardzo wysokiej jakości. Nasz poczciwy PKS zakupi wozy tej klasy pewnie za 20 lat.. i pewnie używane od Turków. W pojeździe jest 2 stewardów, którzy co jakiś czas serwują wszystkim przekąski, napoje chłodzące oraz kawę i herbatę. Dodatkowo skraplają nam ręce wodą cytrynową. Nie wiedzieliśmy na początku o co chodzi, ale pan z obsługi wytłumaczył nam to perfekcyjnie językiem migowym. Po kilku takich myciach rąk wiedzieliśmy już, że powrót do standardów komunikacji podmiejskiej w kraju będzie baardzo trudny :)

 

7 października

Nie mogę nic powiedzieć na temat punktualności tureckiej komunikacji, ponieważ nie udało nam się ustalić o której mamy dojechać. Autobus zatrzymywał się na liczne postoje, co zwłaszcza w nocy było bardzo irytujące. Tak czy inaczej o 15tej następnego dnia dojechaliśmy do celu – Dogubayazit. I znowu małe zdziwienie, że nasze bagaże są z nami. Od rana, bus zatrzymywał się w prawie każdej wiosce, a pasażerowie wieźli ze sobą chyba cały swój dobytek, więc przy wysiadaniu panował taki zamęt przed lukami bagażowymi, że w którymś momencie, zniechęceni odpuściliśmy pilnowanie swoich rzeczy zdając się na łaskę losu.

Dogubayazit to miasto leżące przy granicy z Armenią i Iranem. Turyści zatrzymują się tu tylko z dwóch powodów. Albo mają w planie zdobywanie góry Ararat, albo robią ostatni postój przed przekroczeniem granicy z Iranem, podążając po słynnej trasie lądowej do Indii.

Byliśmy już bardzo głodni więc po wyjściu z dworca zatrzymaliśmy się w pierwszym miejscu gdzie serwowali kebaby. Porcje były tak duże, że pomimo iż był to nasz pierwszy posiłek tego dnia, nie zdołaliśmy zjeść wszystkiego. Jednak mili panowie z obsługi od razu zapakowali nam resztę we wczorajszą gazetę :) Jeszcze podczas posiłku podszedł do nas gość po pięćdziesiątce i zaoferował swoją pomoc przy organizacji wyprawy. Nie wiem jak nas rozpoznał, ale jego pierwsze pytanie było czy jesteśmy z Polski. Pokazał nam referencje od swoich rodaków w postaci zdjęć i pocztówek, więc przystąpiliśmy do negocjacji. Wejście na Ararat bez permitu i przewodnika jest zabronione, a cała strefa, będąc na pograniczu z Armenią – strzeżona przez wojsko. Przewodnik dla dwóch osób kosztował by ponad 1000$ więc jedyną opcją jaka nam pozostała było dołączenie do zorganizowanej grupy. Niestety spóźniliśmy się o jeden dzień a następne grupa ruszała za 6 dni. W identycznej sytuacji znalazła się też grupa 6 Irańczyków. Po naradzie zdecydowaliśmy się ruszyć następnego dnia rano w pogoń za grupą.

 

8 października

Znów pobudka przed świtem. Rzeczy potrzebne na trekking pakujemy do mniejszych plecaków, a resztę bagażu zostawiamy w recepcji i o 5 rano wychodzimy z hotelu. Czekamy na busa, który ma nas podwieźć pod Ararat. Mija kwadrans, a nikt nie nadjeżdża. Nie ma też naszego 'przyjaciela' a w recepcji nikt nie mówi po angielsku. Pieniądze zapłaciliśmy jeszcze poprzedniego dnia więc sytuacja zaczyna robić się nerwowa. W końcu udaje mi się wytłumaczyć chłopakowi w recepcji o kogo chodzi i razem ruszamy pod dom Memeta. Trochę musieliśmy się dobijać, gdyż 'nasz przyjaciel' spał kamiennym snem. Gdy już się rozbudził i zrozumiał o co chodzi, wykonał kilka telefonów i po chwili transport pojawił się pod hotelem. Przejechaliśmy 2 przecznice i znowu musieliśmy czekać. Okazało się, że irańczycy byli umówieni na godzinę później i nie są jeszcze gotowi. Punktualność i słowność nie leżą chyba w naturze miejscowych. Poza tym, jak to na wschodzie, wszystko dzieje się tu powoli, a nasz pośpiech zawsze spotykał się z niezrozumieniem.

W końcu, chwilę przed ósmą, dotarliśmy na stok. Z Karoliną wybraliśmy opcję oszczędnościową (czyt. wchodzimy z bagażami na plecach), zaś Irańczycy wynajęli konie. Koni oczywiście nie ma na miejscu – trzeba czekać kolejną godzinę. Dla nas było to już za dużo. Tłumaczymy na migi, że idziemy pod górę sami, oni przecież na lekko dogonią nas raz, dwa. Obiecujemy pozostać w kontakcie wzrokowym by się nie zgubić, choć ścieżka jest jedna a dzień pogodny i szczyt widać jak na dłoni.

 

c.d.n.