Kazbek - zimowe wejście
Lądujemy w Tbilisi… 4 rano, jacyś lekko otumanieni zbieramy się do kupy, odprawiamy się i zmierzamy w stronę wyjścia. Na lotnisku czeka na nas umówiony jeszcze z kraju kierowca-przewodnik. Jedziemy do stolicy Gruzji gdzie zrobimy zakupy żywności, odbierzemy zamówione kartusze z gazem potem śniadanie i jedziemy 170 km do Gergeti, wioski u stóp góry Kazbek. Wachtang, tak ma na imię nasz kierowca zawozi nas do Alika, gospodarza u którego przenocujemy i zostawimy zbędne rzeczy. Rankiem ruszamy. Brak śniegu zmusza Janka i Roberta do przypięcia nart do i tak już ciężkich bo ważących ok. 30 kg plecaków. Irek i Mirek mają rakiety śnieżne a więc po kilka kilo mniej. Nasz gospodarz odprowadza nas poza wioskę i wskazuje drogę do monastyru Tsminda Sameba, skąd prowadzi szlak do znajdującej się na wysokości 3700m. npm stacji meteo. Dzięki uprzejmości miejscowych alpinistów otrzymujemy do niej klucz. Jak się później okazało, to właściwie dzięki możliwości „wyczekania” w komfortowych warunkach okna pogodowego, cała wyprawa zakończyła się sukcesem. Po godzinie marszu pojawia się śnieg, więc zakładamy narty. Jest troszkę lżej, chociaż plecak przygniata do ziemi. Około 17-tej docieramy do przełęczy na wysokości ok. 3000m. npm, na której postanawiamy rozbić namioty. Pogoda cały dzień mocno wietrzna, z opadami śniegu i niewielkimi przejaśnieniami. Widoczność słaba, zdarza się nam korzystać z GPS by odnaleźć właściwą drogę. W nocy bardzo mocno wieje, nasze i tak małe namioty zostają ściśnięte przez śnieg tak, że powierzchnia użytkowa zmniejsza się o połowę,temp. ok. -15 stopni.
Rankiem pogoda bez zmian; odkopujemy namioty, coś ciepłego do zjedzenia i ruszamy do meteo. Jest ciężko, wysokości nie ubywa, a my deptamy już kilka godzin. W końcu docieramy do lodowca dzielącego nas od stacji. Zakładamy uprzęże z lotną asekuracją i przy pomocy GPS ruszamy przez lodowiec. Co 50-100 kroków zatrzymujemy się, sprawdzamy kierunek i teren przed sobą. Staramy się optymalnie wybrać drogę przejścia przez mocno wywiane partie lodowca z nadzieją, że nikt nie wpadnie w jakąś szczelinę. Po 2 godzinach szybkiego marszu przez lodowiec jesteśmy pod meteo stacją, jeszcze tylko ostatnie ostre podejście (jakieś 100 metrów przewyższenia) i będziemy w „domu”. Ta myśl dodaje nam sił i pół godziny później zrzucamy z siebie ciężkie plecaki. Wewnątrz warunki dalekie od skromnych, by nie powiedzieć, że środek wygląda jak ruina, ale solidne ściany i w miarę szczelne okna powodują, że przynajmniej nie wieje, a temperatura wynosi ok. -7 stopni. W pęku kluczy jaki dostaliśmy od Gruzinów są też i te do kuchni!!! Na miejscu znajdujemy spory depozyt jedzenia, koce i naszą Polską flagę. Wieczorem wiatr lekko ucichł, tego dnia spędzamy na zewnątrz dłuższą chwilę… robimy zdjęcia, dzwonimy do rodzin – jest zasięg operatorów GSM. Z nadejściem nocy na zewnątrz zrywa się wiatr ok.60 km /h. Mimo wszystko sen na pryczy jest jak wybawienie, przynosi spokój i odpoczynek.
Dzień restu bardzo nam się przyda. Gotujemy wodę, zalewamy liofy i ciepły posiłek dodaje nam sił. Postanawiamy sprawdzić teren jaki będziemy musieli przejść w nocy podczas ataku na szczyt. Niestety warunki są tak trudne, że po godzinie marszu ze względu na zagrożenie lawinowe zawracamy. Wychłodzeni postanawiamy nadwyrężyć gościnność Gruzinów i rozpalamy ogień w kozie znajdującej się w kuchni, kilka szczap drewna pozwala na roztopienie śniegu i zagrzanie wody w wielkim aluminiowym garze, wystarcza na kolację i małą higienę po kilku dniach drogi od cywilizacji. Temperatura w kuchni podskoczyła w okolicę zera, Janek uruchomił radio z którego muzyka rekompensuje nam brak gruzińskiego wina ale i na to przyjdzie jeszcze czas, gramy w domino i czekamy na prognozę pogody otrzymywaną regularnie drogą satelitarną , dzięki Izabeli naszej koleżance, która z Polski przesyłała najważniejsze informacje. Prognozy na najbliższe dni niestety bez zmian; temperatury dalej w okolicy 15 poniżej zera wiatr ok. 50-80km /h i opady śniegu. Mamy jeszcze kilka dni na zdobycie szczytu. Następnego dnia bez zmian; śnieg, wiatr, mała widoczność. Po 12-tej postanawiamy wyruszyć na rekonesans. Przy pierwszym żlebie okazuje się, że opad śniegu był na tyle duży, że istnieje zagrożenie lawinowe i musimy wspiąć się jego brzegiem na wypłaszczenie powyżej żlebu i stamtąd trawersować w kierunku waypointów zaznaczonych w gps-ie, które prowadzą na szczyt. Idąc w zawiei udaje się nam dostrzec charakterystyczne znaki na drodze, opisane w przewodnikach, a więc tzw „biały” i „czarny” krzyż. Dochodzimy do lodowca zakładamy uprzęże i z lotną asekuracją przemy naprzód aż do osiągnięcia wysokości 4000 m.n.p.m. To tyle na dziś, postanawiamy wrócić .
Narty zostają w końcu wykorzystane do właściwego celu. Janek z Robertem zjeżdżają w świeżutkim śniegu łagodnymi żlebami i zatrzymują się jakieś 100 metrów poniżej stacji meteo. Irek z Mirkiem docierają do meteo przed narciarzami, którzy mają jeszcze spore podejście przed sobą. Otrzymujemy meteo z Polski, tym razem pojawia się informacja o 12 godzinnym oknie pogodowym, które ma się rozpocząć nad ranem.
Trzecia w nocy; gwiazdy na niebie; zero wiatru; temp. – 9 stopni, idealne warunki na atak szczytowy. W bazie zostaje Mirek , który z powodu przebytej przed wyjazdem choroby nie czuje się najlepiej i ma też kłopoty z odpowiednim zaaklimatyzowaniem się. Ruszamy. Pierwszą część znamy z poprzednich dni i szybko dochodzimy do 4000, jest dalej ciemno, napieramy bez odpoczynków, a właściwie idziemy już na wyczucie. Po kolejnej godzinie zaczyna świtać , jest trochę raźniej jednak robi się bardzo zimno. Irek wyciąga grubą kurtkę puchową, robimy po łyku herbaty i ruszamy dalej. Robert zmienia Janka na prowadzeniu i podkręca tempo. Docieramy na plateau, widoki robią niesamowite wrażenie, jesteśmy na 4450 m nie zwalniamy tempa, jeszcze sporo przed nami.
I tu niespodzianka, północno-zachodnia cześć lodowca jest zupełnie wywiana. Robert sonduje drogę kijkami, które prawie za każdym razem przebijają swobodnie cienką warstwę śniegu skrywającego głębokie szczeliny. Przejście 500 metrów w linii prostej i pokonanie 50 metrów przewyższenia zabiera nam najdłuższą godzinę w moim życiu. Zmarznięci tracimy nadzieję na zdobycie szczytu przed upływem ustalonego czasu, tj. godz. 14tej. Jesteśmy na ok. 4600m śnieg jak beton, bruzdy na kilkadziesiąt centymetrów, płaty nawianego śniegu, to wszystko powoduje, że podchodzenie na nartach jest bardzo trudne, a zjazd wręcz niemożliwy. Zakładamy więc raki, a narty i rakiety zostawiamy. Pół kubka herbaty na głowę i napieramy dalej. „Beton” powoduje to, że idziemy jak po drabinie, tempo nam niesamowicie wzrasta do około 260 m wysokości na godzinę, cały czas z lotną asekuracją, cały czas czujnie. Ściana ani na chwilę nie kładzie się, wręcz przeciwnie przed samym wyjściem na przełęcz wydaje się stawać pionowo przed nami.
Na przełęczy, tj. 4900 m spędzamy dłuższą chwilę. Mamy zapas czasu około godziny, pogoda tzw. „dzwon”, stuprocentowy summit day. Bez wiatru, zerowe zachmurzenie, temperatura ok. -9 stopni… niczym nieograniczona widoczność, na horyzoncie majaczy oddalony o jakieś 180km Elbrus. Postanawiamy na przełęczy zostawić plecaki, zostaje nam do pokonania 150 metrowe podejście stokiem o nachyleniu ok. 50 stopni. Śnieg mocno zbity, raki i czekan trzymają dobrze, krok za krokiem i mijamy największe nachylenie jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i po 8 godzinach i 40 minutach od wyruszenia z bazy jesteśmy na SZCZYCIE.
25 minut w które pokonaliśmy przejście z przełęczy, dało nam trochę w kość lecz kilkanaście minut na zdjęcia i podziwianie widoków które utkną w naszej pamięci do końca życia, daje nam siły i schodzimy w dół. Przed nami długa, niebezpieczna droga, o czym przekonaliśmy się już po godzinie. Pierwszy incydent miał miejsce na plateau, gdzie jedna z „kładek śnieżnych ”nad szczelinami, rozgrzana przez słońce zapada się pod Robertem, któremu po kilku minutach udaje się wydostać z lodowej pułapki. Zjeżdżamy bardzo powoli , aby Irek idący na rakietach mógł nam dotrzymać kroku. Jest to dość męczące, ale bezpieczeństwo jest najważniejsze. Słoneczko mocno przygrzewa i opiera się o zmarznięte zbocza, z których raz po raz odpadają drobne kamienie, przecinając nam drogę . Kazbek nie zostawia nas bez wrażeń, gdyż nagły huk zwraca naszą uwagę na pędzący na nas ogromny głaz. Stajemy jak wryci, na jakąkolwiek reakcję jest za późno. Na szczęście głaz mija Roberta o kilka metrów.
Przed 18-tą dochodzimy do bazy. Zmęczeni, ale szczęśliwi jak nigdy dotąd. Jutro schodzimy do wioski - wyprawa dobiega końca, ale my mamy jeszcze sporo dni na zwiedzanie Gruzji, delektowanie się tutejszym winem i smakowaniem najrozmaitszych potraw.


Maroko Wellness, 13-20.04.2012
Węgry - Nordic Walking, 18-27.6 oraz 10-19.09.2012

